Ks. Jan Zieja


     
Urodził się 1 marca 1897 roku we wsi Ossa, w ziemi opoczyńskiej. Ukończył seminarium duchowne w Sandomierzu i 5 lipca 1919 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Brał udział w wojnie 1920 roku, przeciwko Rosji bolszewickiej, jako kapelan wojskowy. Później był proboszczem na Polesiu, w miasteczku Łohiszyn. We wrześniu 1939 roku brał udział w działaniach wojennych jako kapelan 84 pińskiego pułku piechoty. Lata okupacji spędził w Laskach pod Warszawą, w ośrodku dla niewidomych, angażując się jednocześnie w pracę konspiracyjną. Był kapelanem Komendy Głównej Armii Krajowej. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po upadku powstania udając ogrodnika wyjechał na roboty przymusowe do Niemiec z własnej woli, aby prowadzić działalność duszpasterską wśród polskich robotników przymusowych. Pracował w majątku ziemskim w pobliżu Barth, na Pomorzu Zachodnim. Tu, w wolnych chwilach napisał plan, jak powinna wyglądać idealna parafia katolicka.Po zajęciu terenu Pomorza przez wojska radzieckie ks. Jan Zieja wracał do kraju przez Szczecin. Miasto paliło się. Jego przyszłość nie była pewna. Nie było wiadomo, komu ono przypadnie - czy Niemcom - czy Polsce?

Zatrzymał się, więc w Stargardzie. Chciał w tym mieście pozostać. Chciał się jednak stać proboszczem w sposób formalny. Udał się, więc na poszukiwanie kurii biskupiej, która by go na stanowisku proboszcza zatwierdziła. Ale takiej instytucji kościelnej jeszcze nie było.
       W końcu sprawę rozstrzygnął książę arcybiskup Adam Sapieha, metropolita krakowski. Stwierdził on: " Ma ksiądz jurysdykcję kapelana polowego wojsk polskich. To daje prawo duszpasterzować nie tylko wśród żołnierstwa, ale i pośród ludności, która się znalazła w wojennych okolicznościach. Dlatego może ksiądz jechać do Stargardu, by tam posługiwać."
       Po zajęciu terenu Pomorza przez wojska radzieckie ks. Jan Zieja wracał do kraju przez Szczecin. Miasto paliło się. Jego przyszłość nie była pewna. Nie było wiadomo, komu ono przypadnie - czy Niemcom - czy Polsce? Zatrzymał się, więc w Stargardzie. Postanowił w tym mieście pozostać. Chciał się jednak stać proboszczem w sposób formalny. Udał się, więc na poszukiwanie kurii biskupiej, która by go na stanowisku proboszcza zatwierdziła. Ale takiej instytucji kościelnej jeszcze nie było. W końcu sprawę rozstrzygnął książę arcybiskup Adam Sapieha, metropolita krakowski. Stwierdził on: "Ma ksiądz jurysdykcję kapelana polowego wojsk polskich. To daje prawo duszpasterzować nie tylko wśród żołnierstwa, ale i pośród ludności, która się znalazła w wojennych okolicznościach. Dlatego może ksiądz jechać do Stargardu, by tam posługiwać."
      Wrócił, więc ks. Zieja do Stargardu, ale tam zastał już innego księdza. Udał się wtedy na wschód, do Koszalina. Ale tam osiedlili się już księża z Poznania. Wrócił na dworzec kolejowy i dalej jechał na wschód. W pociągu spotkał kilkunastu chłopców, z którymi nawiązał rozmowę. Spytał ich, dokąd jadą. Odpowiedzieli, że do Słupska, bo tam, w jego okolicy mają dostać gospodarstwa rolne. Ks. Zieja postanowił, ze swymi krajanami udać się do Słupska. I tak szczęśliwy los zadecydował o wyborze miejsca pracy duszpasterskiej księdza Ziei.
      W Słupsku ks. Zieja zjawił się w dniu 29 maja 1945 roku. W pierwszym rzędzie zaciągnął języka, czy w mieście jest kościół katolicki? Był taki. Poszedł, do tego kościoła pod wezwaniem św. Ottona przy obecnej ul. Partyzantów. Wnętrze świątyni było zniszczone, poobdzierane z wszelkich ozdób. W dniu zajęcia prawobrzeżnego Słupska przez wojska radzieckie kościół został splądrowany i ograbiony. Później, przejściowo dowództwo radzieckie zrobiło w świątyni punkt zborny dla jeńców niemieckich. Plebania też była zapuszczona, brudna. Księdzu Ziei pomógł polski osiedleniec pan Marcin Brzózka. Był człowiekiem wprowadzającym księdza w istniejące już w czerwcu 1945 roku polskie środowisko słupskie. I tak dzięki niemu ks. Zieja dotarł do starosty powiatowego, który oficjalnie przekazał mu kościół św. Ottona i plebanię.
      Aby stworzyć zaplanowaną jeszcze w Barth idealną parafię, ks. Zieja postanowił jeszcze raz udać się do Warszawy, aby ściągnąć stamtąd do Słupska znane mu kobiety, najczęściej wdowy, do pomocy w pracach parafialnych. Z Lasek pod Warszawą zabrał panią Krystynę Żelechowską. Miała wyższe wykształcenie, przed wojną ukończyła Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego. Zabrał też wdowy - Anielę Urbanowicz, Gabrielę Hołyńską, Annę Minkowską. Gospodynią na parafii była pani Alicja Wirwes.
      Ks. Zieja był początkowo jedynym kapłanem katolickim w Słupsku. Po uporządkowaniu kościoła św. Ottona, gdzie odprawiał w każdą niedzielę trzy msze święte, wygłaszał cztery lub pięć kazań, chrzcił dzieci, udzielał ślubów, wyjeżdżał do kościołów filialnych, odległych od Słupska do 35 kilometrów. Zabrał się z wiernymi za uporządkowanie dwóch następnych kościołów - św. Jacka i Serca Jezusowego. Powołał komitet odbudowy najbardziej zniszczonego przez pożar kościoła Mariackiego.
      Ksiądz Zieja podjął walkę z pijaństwem i szabrem. W kazaniu w dniu 20 sierpnia 1945 roku, potępiał szaber, chęć bogacenia się za wszelką cenę, życie dla mamony, mówił o pięciu wypadkach śmierci na skutek nadużywania alkoholu. Błogosławił tych, co mieli odwagę przyjść do niego i wyrzec się picia wódki. Założył "Złotą księgę trzeźwości", do której mógł się wpisać każdy, kto deklarował życie w trzeźwości. Byli pijacy, którzy przysięgali mu przed ołtarzem, że więcej nie będą pić. Zakładał koła trzeźwości.
       W dniu 20 września 1945 roku na prośbę ks. Ziei przybyło do parafii św. Ottona w Słupsku pięć sióstr szarych Urszulanek. Założyły  hotelik dla dzieci repatriantów, którzy zostawiali w hoteliku dzieci pod opieką sióstr, a sami zajmowali się szukaniem mieszkań i pracy dla swoich rodzin. Z czasem duży procent dzieci zostawał w hoteliku na stałe i nastąpił podział dzieci ze względu na ich wiek. Małe dzieci do lat trzech objęła opieka społeczna, którą sprawowały siostry Urszulanki, a dziećmi starszymi, powyżej trzech lat zajęło się Kuratorium Oświaty.
        Ks. Zieja żył skromnie na sposób franciszkański. Do swoich współpracowników parafialnych napisał list, datowany 18 września 1945 r. Zatytułował go: "Do moich kochanych i bardzo mi drogich współpracowników w parafii słupskiej." Jego treść była następująca:
"Ja, niżej podpisany, niegdyś pastuszek dziesięciorga bydła w gospodarstwie moich rodziców, a potem przez Opatrzność Bożą i dobroć ludzką kształcony i wyświęcony na kapłana, oświadczam, że moim pragnieniem i szczerym postanowieniem było zawsze i jest dążyć do najwyższego ubóstwa, to znaczy do takiego sposobu życia, żeby w mojej parafii nie było nikogo uboższego ode mnie w rzeczy tego świata, co do odzienia, pożywienia i mieszkania. Bez prowadzenia takiego sposobu życia, chociaż przez tę resztę dni, jakie mi na ziemi pozostały, lękam się stanąć przed sądem Bożym. Kto by tego nie umiał czy nie chciał zrozumieć i uszanować, i krępowałby moją swobodę pójścia za swym powołaniem, nie mógłby należeć do naszej rodziny parafialnej, choćby był najukochańszym człowiekiem. W nocy z 17 na 18 września 1945 roku Sługa dusz Waszych, Wasz Tatulo." 
       W kilku wsiach w powiecie ks. Zieja spotkał się z ludnością autochtoniczną. Dla jej szybszego przywrócenia Polsce, rozpoczął bezpłatny kurs języka polskiego dla tych autochtonów. Początkowo przez pierwsze tygodnie prowadził go sam, a później zastąpiła go jedna z jego współpracownic. Zamierzał wydać odezwę do autochtonów, zachęcającą ich do pozostania w swoich rdzennych ziemiach. Chciał, aby poczuli się obywatelami Polski. Ks. Zieja zaniósł nakreślony projekt odezwy do drukarni w Słupsku. Zrobiono odbitkę, która musiała być poddana cenzurze. Starosta miejscowy - tramwajarz warszawski - (Jan Kraciuk - ZM) nie miał odwagi tego ocenzurować, odesłał odezwę do Warszawy. Po około dwóch tygodniach wezwano ks. Zieję do starostwa. Urzędnik Giergielewicz powiadomił księdza, że przyszła odpowiedź z Warszawy, ale jest poufna i tajna. Miał tylko księdza powiadomić, że nie wyrażono zgody na wydanie odezwy. Ale urzędnik, dobry Polak pokazał księdzu treść tej odpowiedzi. Brzmiała ona; "Zabrania się drukować tę odezwę, bo ona nie pokrywa się z intencjami rządu polskiego". Ks. Zieja doznał wstrząsu psychicznego. Nie mógł zrozumieć, dlaczego powrót autochtonów do Polski nie pokrywa się z intencjami rządu. To, jaki jest ten rząd?
       Powołanie przez księdza Zieję w listopadzie 1945 roku w Słupsku Domu Matki i Dziecka miało na celu ratowanie życia moralnego i fizycznego matkom i dzieciom pokrzywdzonym przez wojnę. Miał to być jego zdaniem sposób na naprawę krzywdy, jaka przez wieki była wyrządzana kobietom. Proboszcz uzyskał 20.11.1945 r. pozwolenie od pełnomocnika rządu na obwód słupski Kazimierza Łaćwika na powołanie tego Domu. Stoczył bezskuteczną walkę z wojskiem radzieckim o lokal dla tego Domu. Upatrzony i oznakowany flagą polską przez ks. Zieję budynek zajęli Rosjanie. Zajmowali oni wówczas całą dzielnicę Słupska przylegającą do koszar wojskowych. Ostatecznie ksiądz znalazł pomieszczenia w kamienicach przy ul. Zamkowej. Dom Dziecka zajmował 5 budynków wzdłuż tej ulicy. Kierowała Domem pani Aniela Urbanowicz. Był to Dom przeznaczony dla samotnych kobiet z dziećmi i kobiet w ciąży, pozostających bez środków do życia. Tu mogły uczyć się zawodu i mogły uzyskać pomoc w znalezieniu pracy. Dokąd to nie nastąpiło, mogły korzystać z darmowego wyżywienia, zakwaterowania i opieki. W grudniu 1946 roku w domu tym znalazło opiekę czterdzieści matek i sześćdziesięcioro dzieci. W kronice parafialnej z tego okresu czytamy; "Całe dzieło jest i ma być aktem wiary w świętość ludzkiego życia i świętość małżeństwa.(...) Motyw główny: nie dopuścić do zbrodni popełnionych na poczętym życiu ludzkim i pomóc kobietom kuszonym do zbrodni przez danie im możliwości wyjścia z krytycznej sytuacji. Znamię charakterystyczne: nie odmawiać żadnej matce szukającej w Domu Matki i Dziecka pomocy. Drugi cel nie mniej ważny polega na wychowaniu dziecka przez matkę, co jest korzystniejsze dla prawidłowego rozwoju dziecka."
       W Słupsku sprawa opieki społecznej nad ludnością najuboższą rozwijała się już od 1945 roku. W listopadzie uruchomiono stołówkę dla najbiedniejszych, która wydawała dziennie 960 obiadów i kolacji. Od 30 tegoż miesiąca czynny był dom noclegowy na około 50 miejsc. Oprócz tego istniały; - zakład wychowawczy "Nasz Dom" przy ul. Jaracza 5, prowadzony przez siostry Urszulanki, opiekujący się w październiku 1945 roku 51 dziećmi i zakład opiekuńczy parafii św. Ottona "Dom Matki i Dziecka". Powstał także "Dom Starców" przy ul Kopernika, uruchomiony 1 listopada 1946 r. z 40 miejscami. W tej działalności na rzecz najuboższych brał bardzo aktywny udział ks. Zieja. Każdą mszę świętą kończył wezwaniem do wiernych - "Gdyby ktoś wiedział, że są ludzie potrzebujący pomocy niech się po mszy świętej zgłosi do kancelarii parafialnej". I rzeczywiście pomagał.
       Fundusze na utrzymanie obiektów opiekuńczych czerpano z zapomóg i subwencji Zarządu Miasta i Urzędu Wojewódzkiego, ale również z darów różnych instytucji i organizacji, a także ze zbiórek ulicznych, tak szeroko przeprowadzanych w pierwszych latach po wojnie. Dużo osób korzystało z darów UNRRA, które były rozdzielane przez specjalną komisję z udziałem przedstawicieli Komitetu Opieki Społecznej. Produkty rolne na potrzeby opieki społecznej otrzymywano między innymi z gospodarstwa rolnego o powierzchni 23 ha, administrowanego przez Miejski Ośrodek Zdrowia, a położonego przy ulicy Krótkiej 2. Gospodarstwo to posiadało trzy krowy, od których udój mleka przekazywano "Domowi Matki i Dziecka" przy parafii św. Ottona i "Naszemu Domowi". Kierowniczka "Domu Matki i Dziecka" pani Aniela Urbanowicz, była w czasie okupacji hitlerowskiej zaprzyjaźniona z Józefem Cyrankiewiczem - działaczem PPS i dzięki temu po wojnie, gdy zajmował wysokie stanowiska w rządzie, mogła liczyć na jego pomoc w otrzymaniu dodatkowych racji żywnościowych, opał na zimę oraz skromne wsparcie finansowe. Cyrankiewicz, już jako premier rządu polskiego, osobiście interesował się sprawami tego Domu i bywał w Słupsku i w Orzechowie, gdzie nawet spędzał urlop.
       W środowisku ludzi światłych, którym na sercu leżała sprawa budowy powojennego państwa polskiego w słupskiej mikroskali, ksiądz Zieja nie tylko był także osobą kompetentną, wykształconą, znająca sześć języków, ale był inicjatorem wielu przedsięwzięć społecznych i edukacyjnych. Cieszył się z powstania Komisji Badań Słowiańskich, był członkiem i uczestnikiem wykładów Polskiego Towarzystwa Naukowego, zawiązanego w Słupsku w lutym 1946 roku. Towarzystwo to miało trzy sekcje, prawno - ekonomiczną, humanistyczno - przyrodniczą i lekarską. Odczyty wygłaszano w lokalu kina Polonia. Członkowie PTN interesowali się żywo problemami ludności autochtonicznej na terenie powiatu słupskiego. Ks. Zieja był aktywnym członkiem PTN. Miał odczyty w ramach tego Towarzystwa. W ramach tych odczytów dążył do uświadomienia mieszkańcom Słupska własnych korzeni, przybliżenie im historii tych ziem i integrowanie ich wokół budowy tu na miejscu społeczności obywatelskiej.
        We wrześniu 1945 roku polski administrator apostolski w Gorzowie, posiadający misję kanoniczną i prawo mianowania proboszczów, ks. biskup Edmund Nowicki, mianował ks. Zieję proboszczem w Słupsku. Skończył się, więc dla księdza Ziei okres tymczasowości. Kościół św. Ottona przeżywał swoje najlepsze czasy. Zawsze był pełen i często nie mógł pomieścić wszystkich wiernych. Stał się on także kościołem garnizonowym dla żołnierzy Wojska Polskiego i dla milicjantów z Centrum Wyszkolenia Milicji Obywatelskiej. Za sprawą komendanta CWMO pułkownika Jana Płotnickiego, w okresie międzywojennym wysokiego funkcjonariusza Policji Państwowej, młodzi milicjanci wychowywani byli w duchu katolickim. Każdy dzień nauki rozpoczynali i kończyli modlitwą (według relacji oficerów milicji śpiewano pieśni, "Kiedy ranne wstają zorze" i "Wszystkie nasze dzienne sprawy"), a w niedziele uczestniczyli całymi pododdziałami w mszy świętej. Ks. Zieja aktywnie wspomagał proces wychowania przyszłych milicjantów.   

Pogrzeb 24 zamordowanych robotników przymusowych

Msza polowa z okazji Święta Morza 1946